To był długi dzień. Przedziwny koniec greckich wakacji.

przez Mateusz Sebastian

Nasze greckie wakacje dobiegają końca, ale takiego finiszu nigdy byśmy nie wymyślili. Pozwólcie, że podzielę się z Wami wrażeniami „na gorąco”.

Od kilku dni pogoda w Grecji była bardzo zła. Mega wiało, padało, a w mediach pojawiły się pierwsze wzmianki o nadchodzących sztormach i cyklonach. Byliśmy wtedy na Paros. Nie odwiedziliśmy tamtejszych plaż, trochę tylko pochodziliśmy po wioskach, a resztę dni spędziliśmy na… pracy i Netflixie (zobaczcie sobie ‚Atypowy’, miażdży!).

W piątek przypłynął pierwszy od trzech dni statek. Kończył trasę na Mykonos, ostatniej wyspie na trasie naszej wycieczki. Po zapewnieniach pani sprzedającej bilety, która była w stu procentach przekonana, że statki z Mykonos będą kursowały w sobotę bez zakłóceń – kupiliśmy bilety na tę zewsząd zachwalaną wyspę. W oczekiwaniu na spóźniony statek wypiliśmy dwie greckie freddo i zjedliśmy po spanakopicie. W końcu popłynęliśmy.

Mykonos to wyspa mała i nieatrakcyjna. Cechuje ją wypalona ziemia, celebrycki blichtr, znacznie wyższe ceny niż w innych odwiedzonych przez nas miejscach, dwie atrakcje turystyczne na krzyż i wiele okazji do zakupów i imprez do rana.

Zwiedzanie starej części Mykonos Town zajęło nam trzy godziny – dwie i pół spędziliśmy na robieniu zdjęć i jedzeniu. Nawet pół godziny wystarczy na przespacerowanie się po chorze (starym mieście). Jest kilka ładnych kościołów, cerkwii, słynne wiatraki i Mała Wenecja. Reszta to stragany ustawione równiutko wzdłuż niebrzydkich, białych uliczek.

W planie mieliśmy prom do Aten dzień po przybyciu na wyspę. Chcieliśmy płynąć o 19:00, żeby mieć jeszcze kilka godzin na zwiedzanie. Po piątkowym spacerze i zapowiadanych zmianach pogodowych postanowiliśmy wrócić do greckiej stolicy wcześniej – w samo południe. W Paradise Beach Camping, w którym spaliśmy, poprosilismy o transfer do portu. Powiedzieli, że okej. Zaznaczyli jednak, żebyśmy przyszli rano się upewnić, że statki pływają.

Reklama

8:00, recepcja, niejaki Giorgio wita mnie melodyjnym „Żadnych statków dzisiaj”. Słaby początek dnia, nie sądzicie? Trochę jakby dostać w twarz po przebudzeniu. To rzucone bez emocji zdanie zabolało tym bardziej, że w niedzielę odlatuje z Aten nasz samolot, a w przyszłym tygodniu trzeba wracać do pracy. Upewniam się więc po raz kolejny na zaufanej stronie viva.gr – nasz statek o 12:00 płynie. Giorgio nie daje za wygraną i po moich naciskach wypala „Skoro tak, to przyjdź tu u 12:00, zobaczymy” pokazując na jakąś mapę wiatrów na monitorze.

Nie chciało mi się z nim więcej dyskutować, więc wróciłem po godzinie, raz jeszcze prosząc o transfer do portu. Właściciel się zgodził, ale przy pakowaniu bagażu pojawił się znany i nielubiany Giorgio. Prócz machania rękami krzyczał, że my nie mamy racji i że nasz statek nie płynie, a za chwilę dodał, że nawet jeśli płynie, to o 14:00, więc nie ma sensu jechać.

Na szczęście uparliśmy się, że chcemy jechać do portu.

Statek na nas czekał. Kupiliśmy bilety, weszliśmy na pokład, rozłożyliśmy laptopa. Z powodu odwołania innego połączenia czekaliśmy co prawda jeszcze ponad godzinę na dodatkowych pasażerów, ale w końcu wypłynęliśmy i mimo ryzyka sztormów, huraganów i innych cyklonów, udało nam się bezpiecznie dotrzeć do ateńskiego portu Rafina.

Mieliśmy szczęście, kupę szczęścia. Popłynęliśmy jedynym statkiem, jaki odpływał dziś i prawdopodobnie jedynym, jaki wyruszył w ten weekend.

Na dodatek po zejściu z pokładu, załapaliśmy się na ostatni podstawiony autobus miejski do centrum miasta. Chyba ktoś w górze ciągle nad nami czuwa…

I jeszcze gdyby tego było mało, głodni i nieco przemoczeni postanowiliśmy zostawić bagaże w hotelu i udać się do nabliższej knajpy, gdzie można zjeść coś greckiego na pożegnanie. Zapytaliśmy więc obsługę czy lokal na rogu jest okej. Powiedzieli, że tak, że mają tam bardzo dobre jedzenie. Więc idziemy. Napisy greckie, potrawy greckie, w środku przy dwóch stołach trzydziestu mężczyzn pochodzenia arabskiego. Rzut oka na nas na wejściu, spojrzenie na właściciela i jego krótka informacja dla nas „tutaj jest menu po angielsku, ale dla was tylko na wynos”.

To był długi dzień.


Skomentuj na FB

Inne interesujące teksty:

Ta strona używa ciasteczek oraz zewnętrznych skryptów dla lepszego dostosowania treści do użytkownika. W Polityce Prywatności znajdziesz informacje o tym, jakie ciasteczka i skrypty są używane, oraz jaki wpływ mają na twoją wizytę na stronie. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia. Nie wpłynie to na twoją wizytę na stronie. OK Polityka Prywatności

Instagram
Facebook